#kartofler
Explore tagged Tumblr posts
Text


glajda: taki śnieg chujowy rozdziabdziany, błoto albo jak ktoś se robi takie coś na talerzu że jednoczy ziemniaki i jakies buraczki to też tak pozna powiedzieć (Wielkopolska)
propaganda: bo życie powstało na bagnach pełnych błocka więc jakby nie patrze glajda jest w każdym z nas. z glajd powstałeś i zglajdzisz się na śmierć amen. a poza tym to śmiesznie się mówi. glajda glajda glajda
kaj: gdzie (Śląsk)
propaganda: bo jest krótkie i fajne i super się mówi "kaj leziesz?" do ziomów, pozdrawiam
#regionalizmy runda 1#polish tumblr#polska#Śląsk#poznan#obrazam sie bo submitter mowi ze takie mieszkanie ziemniakow jest obrzydliwe#a ja tak robie >:(#nauczcie sie przyprawiac kartofle to moze przestane#ale to gówno smaku nie ma to trzeba zjednoczyc z jakims bigosem czy cholera wie czym#sól sie nie liczy jako przyprawa btw that's like saying gotowanie w wodzie sie liczy jako przyprawa#sól to jest common sense#Dajcie kurwa przyprawy
50 notes
·
View notes
Text
Brunede Kartofler / Danish Caramelized Potatoes (Vegan-Friendly)
#vegan#appetizer#danish cuisine#nordic cuisine#christmas#brunede kartofler#potato#vegan butter#coconut sugar
47 notes
·
View notes
Text
having danish food for dinner…she’s so simple but she’s so yum
#our family friend is leaving again to work on a ship for a few months#and she is also danish#so we’re sending her off with some frikadelle and brunede kartofler….my beloved…..#AND RØDKÅL🗣️🗣️🤸🏻🤸🏻
4 notes
·
View notes
Text
A dziś na talerzu leżą.
Dwie gałki ziemniaków tłuczonych plus surówka. Mój ulubiony zestaw na szybko w barze Miś w centrum Wrocławia versus ten sam zestaw w barze Kuchcik przy ulicy Bajana mieszczącym się w Centrum Handlowym Arena. Talerzyk leżał i leży. - Raz Dwa Trzy


Zdjęcia kopyrajt autorzy. Ceny za posiłki w Misiu są nieaktualne. Jeżeli chcesz, wejdź na stronę ▫️ barmis.pl/nasze-menu ▫️ (Czy ktoś mi za to płaci? Jasne, że nie. 😉 A tak na marginesie. ⬇️)
youtube
W Misiu płacę coś około 3 zł 10-30 groszy. W Kuchciku zapłaciłam 14 zł 40 groszy. Owszem, bar Miś jest bardzo tanim barem na mapie Wrocławia, ale spójrzcie na tak wielką różnicę cenową! Ogólnie w centrum handlowym Arena jest drogo. Ale sądziłam, że w tak małym barze zje się w miarę tanio. Nie zje się w miarę tanio. I pomyśleć, że ludzie mieszkający na tym osiedlu muszą płacić za podstawowe produkty... a nie, to może przy okazji sprawdzę, nie chcę publikować nieprawdziwych informacji. Te powyżej są sprawdzone. Gdy weszłam na halę i spojrzałam na ceny wody mineralnej oraz piwa, wiecie, takie podstawowe produkty potrzebne do przeżycia 😀, to mnie trochę głowa rozbolała. Do przeczytania różowe fretki, dobrego PoNieDziałku! Mooday. Plus polska złota jesień. Na razie na zrazie, jest dobrze. Słoneczko świeci, ptaszki ćwierk...
#bar#Miś#Kuchcik#Wrocław#Arena#jedzenie#obiad#ziemniaki#kartofle#surówka#poniedziałek#Mooday#kot#gif#Rejs#film#wideo#video#Youtube
1 note
·
View note
Text
Admiralen er på vej til sine Forfædres Sæde, nemlig Østjylland, til jul, og jeg glæder mig usigeligt til endelig at have en jul med 5 forskellige slags kartofler og 3 slags svin igen. Det er det bedste jeg ved!
Glædelig jul til hele matrosflokken, gid jeres ris a la mande må være kold, jeres kirsebærsauce varm, og jeres kartofler mangfoldige
Kys kys admiralen ❤️🎄
41 notes
·
View notes
Text
Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci
czyli możesz wyjść ze szkoły, ale szkoła z ciebie nie wyjdzie.

Parafrazując cytat z gry Wiedźmin 3 mogę stwierdzić, że ostatnimi czasy żyje jak stonka - siedzę cicho, nie rzucam się w oczy i wpierdalam kartofle. Mimo, iż żyje pod mentalnym kamieniem to nawet do mnie dociera, iż zaraz zacznie się Szkoła. I nie mam tu na myśli tego beznadziejnego paradokumentu. Dlatego zapraszam serdecznie na garść moich dinozaurzych przemyśleń oraz wniosków. Rozsiądźcie się wygodnie, naszykujcie sobie kawę, herbatę, napój zero tudzież innego energola i rozkoszujcie się moimi intelektualnymi wynurzeniami. A ze względu na długość zapewne wyrobicie normę w czytaniu za całe wakacje xD

Obowiązkową edukację zakończyłam w 2013 roku zatem kilka ładnych lat temu. Zwieńczeniem ostatniego czteroletniego etapu było uzyskania tytułu Technika Ekonomisty, który przydał mi się w życiu do… Absolutnie niczego 😂 W sensie po praktykach zawodowych udało mi się załapać na ciepłą posadkę w Urzędzie Skarbowym, jednakowoż w zasadzie dzięki mojej charyzmie i miłym usposobieniu.
Owego dyplomu, tak jak i zaświadczeń o ukończeniach kursorów uzupełniających, nikt nie chciał w sumie oglądać. Tak samo jak wyników matur, na które szłam na totalnej wyjebce. Nie dlatego, że byłam pewna swej wiedzy, chociaż to też, lecz dlatego: studiować może każdy, lecz studia nie są dla każdego. Nie widziałam sensu iść na studia bo dla mnie studiowanie wiąże się ze zgłębianiem jakiegoś tematu/zagadnienia/profesji a mnie zwyczajnie nic nie interesowało na tyle by poświęcić te 3/5/10 lat. Z resztą, aby pójść na niektóre kierunki należy zacząć się do tego przygotowywać już na początku szkoły średniej i chyba tylko jednostki wybitne, do których z pewnością się nie zaliczam, byłyby wstanie w pół roku ogarnąć materiał z całej szkoły średniej i napisać przyzwoicie maturę z wybranego przedmiotu. Swoją drogą, naprawdę te wszystkie maturki, egzaminy 8 klasisty to taki bezsens. Jest pewna mądrość ludowa mówiąca, że jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Analogicznie można powiedzieć o ogólnopolskich egzaminach, które piszą wszyscy uczniowie, w tym samym momencie, z tego samego. Jeszcze sam fakt baboli na maturach w arkuszach mnie mierzi a jestem przecież laikiem w dziedzinie pedagogiki, szkolnictwa i całej tej szopki. Dla mnie jedyna słuszna odpowiedź jaką mogłabym w tym momencie zakreślić to (x)D
Poza despotycznymi rodzicami, nic innego nie niszczy dziecka bardziej, niż szkoła. Zarówno psychicznie jak i fizycznie. Szkoła w cudowny sposób zabija kreatywność, abstrakcyjne myślenie i indywidualność. Bo nie jest ważne, że wykonasz zadanie z matematyki a wynik będzie prawidłowy skoro użyłeś „złego” wzoru. Nie ważne, że nikt poza autorem wiersza nie wie tak naprawdę o co w nim chodzi i jeśli nie zinterpretujesz go tak jak jest zapisane w podstawie programowej, to przykro mi bardzo, ale dostaniesz 0 punktów. Szkoła upycha na siłę do pudełka o określonym kształcie. Jak wystajesz z pudełka to ci przytną skrzydła byś się zmieścił. Jeśli zaś w owym pudełku masz za dużo miejsca to będą cię mentalnie tłuc, aż spuchniesz by pasować idealnie.
Przykład? 8 letnia Kasia, której mama nie pracowała zawodowo i mała czas dla dziecka. Mała Kasia, gdy poszła do pierwszej klasy potrafiła czytać, pisać i liczyć do 100. Wybitne dziecko? No nie… po prostu moja mama spędzała ze mną czas, ucząc mnie poprzez zabawę. Na tym czego mnie nauczyła bawiąc się ze mną przeleciałam do 4 klasy podstawowej. I zaczął się spadek, zaczęły się problemy z nauką bo ja zwyczajnie nie byłam w stanie siedzieć nad książką. Bo byłam przyzwyczajona do poznawania świata w sposób imersyjny a nie kucia na blachę! Do kombinowania by coś zrobić bo mama nie dawała mi gotowych odpowiedzi tylko naprowadzała.
Do tej pory jak mam się czegoś dowiedzieć, nauczyć potrzebuje stymulacji poprzez muzykę, rozmowę etc bo nic nie zapamiętam. Bo moja pamięć jest niczym sito i odcedza rzeczy dla mnie nieistotne. Póki się nie zanurzę w dane zagadnienie, przykładowo podczas czytania książki i nie przestanę zwracać uwagę na to, iż czytam a nie jestem świadkiem przedstawionej historii to nic nie zapamiętuje. Robię rzeczy mechanicznie, jeśli naprawdę się nie wkręcę. Dla mnie 8 godzin lekcyjnych w ciągu dnia było bez sensu bo zapamiętałam z takiego dnia może 30 minut? Łącznie, na cały dzień… Pewnego dnia moją mamę wezwała nauczycielka matematyki w podstawówce. Poskarżyła się mojej mamie, że nie jestem skupiona na lekcji i że nie rozumiem co się do mnie mówi. Kwitując swój wyw��d, że mama musi się mną mocniej zajmować w domu. Moja rodzicielka spytała, czy tylko Kasia ma problem z matematyką? Nauczycielka stwierdziła, że nie. Większość klasy ma problem. Mama zgasiła panią matematyczkę niczym peta kwitując wizytę słowami „W takim razie to nie jest problem mojego dziecka i innych. Widocznie to z panią są problemy skoro większość ma trudności”. Miałam szczęście, że moi rodzice byli zadowoleni z tego, że myślę inaczej, że mój mózg działa inaczej.
Wszyscy do jednego, miernego poziomu. Wszyscy sprowadzeni do słuchacza jedynej objawionej prawdy jaką głosi nauczyciel, z którym się nie dyskutuje. Bo jak się odezwiesz to zostaniesz oceniony. Przez owego nauczyciela, przez kolegów z klasy. Może wyśmiany? Może ośmieszony? Może, więc lepiej się nie odzywać? I później z dziecka wyrasta dorosły, który w pracy boi się odezwać bo lepiej się nie wychylać i nie narażać się na ocenianie, albo nie daj Boże, jeszcze naciśniemy komuś nad nami na odcisk i ta osoba będzie się mścić. I tak oto po szkole pięknie rośnie grono osób, które ma tak wypracowane odruchy, że mobbing w pracy „jest normalny”. Normalizujemy później te wszystkie toksyczne sytuacje robiąc sobie krzywdę.
Permanentny stres w wieku dziecięcym i nastoletnim odbija się na zdrowiu. Mamy pokolenie „młodych staruszków”, którzy na początku swojej dorosłej drogi czują wypalenie i bezsens egzystencjonalny. O przepracowaniu nawet nie wspomnę, bo jak nastolatek ma nie być zmęczony, skoro często w szkole siedzi dłużej, niż pracownik w fabryce. Sama pamiętam, jak w klasie maturalnej, w czwartki, lekcje zaczynały mi się o 7:10 a kończyły (wraz z obowiązkowymi, w tamtych czasach, fakultetami) jakoś po godzinie 17 🙃 cieszę się, że do szkoły miałam raptem 2 kilometry, dokładnie to 1,7 kilometra, a nie tak jak niektóre moje koleżanki/koledzy z klasy prawie trzydzieści.
I żeby mnie źle nie zrozumieć. Nie jestem przeciwna kształceniu się, zdobywaniu wiedzy czyli szeroko rozumianej nauce. Po prostu dla mnie absurdem jest to do czego zmusza się ludzi, słynne: zakuj, zdaj, zapomnij.
Bo każdy z nas jest inny, owszem, ludzie dzielą wspólne cechy, jednak ściąganie w obecnych czasach o pogańskiej godzinie dzieci oraz młodzieży, zmuszanie do wchłaniania wiedzy przez tyle godzin z książeczek, zeszycików, ćwiczonek, słuchając nauczyciela co to od X lat prowadzi te lekcje i nie potrafi robić tego w sposób ciekawy. Jeden, tak jak chociażby ja, swój rytm dobowy będzie zaczynał od 5 rano i kończył średnio koło 22 czując się zdolnym do czegokolwiek z samego rana. Jednak wiem, że osoby, których rytm dobowy zaczyna się o 11 i nienależny mówić takiej osobie „ile można spać! Ja to już tyle zrobiłam a Ty się lenisz!”. Najczęściej ktoś kto zaczyna swój dzień o godzinie 11 nie kończy go o 22 a o 3/4 rano. Kiedy ja śpię są osoby, które pracują, uczą się, tworzą czy grają bo taki jest ich rytm dnia. I nie żyjemy w przeszłości gdzie trzeba było wstawać skoro świt tzw Wstawać i chodzić spać z kurami. A wiecie dlaczego? Bo mam do cholery dostęp do energii elektrycznej. Mamy internet i wcale a wcale nie potrzeba siedzieć osiem, dziewięć czy dziesięć godzin w szkole, marnować czasu na dojazdy skoro pandemia pokazała, że praca tudzież nauka zdalna jest możliwa. Skoro w szkole nie uczy się ludzi w sposób kreatywny, poprzez zabawę, nie daje się narzędzi, odkrywania własnych sposobów na rozwiązywania problemów i nie ma polu do dyskusji to podręcznik przepisywać można w domu.
Dobrze, że chociaż zlikwidowali prace domowe. Zawsze miałam takie wielkie WTF, gdy tylko słyszałam argument w stylu „taaak! To teraz te dzieci to już WOGÓLE nic nie będą robić!”. 10 godzin w szkole, dwie godziny dojazdów na dobę i jeszcze zadanka? XDDD To tak jakby człowiek pracował w fabryce i tłukł coś młotkiem przez 9 godzin dziennie a na koniec dnia pracy przełożony dałby mu jeszcze do zrobienia zadanko. Niech uderza tym młotkiem w domu jeszcze tak, powiedzmy, trzy godzinki, aby utrwalił sobie uderzenia rzeczonym młotkiem. By przypadkiem, nie zapomniał jak do owym narzędziem posługiwać xDDD albo niech tłucze jeszcze z dwie by przygotować się na młotkowanie następnego dnia.
Uwielbiam jak od małego zaszczepiają w nas kulturę zapierdolu. „Nic nie robisz cały dzień!” Kto tego nie słyszał niech pierwszy rzuci kamieniem. Bo jak człowiek potrzebuje odpoczynku, by się zregenerować to już jest leń. A później mamy pracoholików i wypalenie zawodowe w wieku 30 lat, ponieważ nie potrafimy odpoczywać. Sama wpadłam w spiralę pracy, tego „jeśli nie będę ciężko pracować to niczego nie osiągnę”, „jak nie wezmę nadgodzin to mnie jeszcze zwolnią”, „co mi szkodzi, popracuję więcej w końcu może ktoś mnie w firmie doceni”. Spojler alert! Dla nikogo twoje oceny, ilość pracy włożonej w zadanie, nie ma znaczenia - chyba, że coś ci nie wyjdzie. Wtedy to wszyscy się zlecą jak te kruki i zaczną dziobać 😉
Podczas edukacji szkolnej - tyraj! Na uczelni - tyraj! W pracy - tyraj! W życiu prywatnym? Tyraj! Bo ty musisz brać udział w wyścigu szczurów. Kto lepiej, kto więcej, kto bardziej. Tylko jest jeden mały problem. Nie da się wygrać wyścigu szczurów, nie ma opcji by być najlepszym w ciągłych rywalizacjach i nie da się być cały czas produktywnym. To jest zwyczajnie niemożliwe, i nie mówię tego bo „ahahaha jej się nie udało! Dlatego tak mówi! Pracuje jak ten robol i mieszka na zadupiu wszechświata! Będzie tak gadać by ciągnąć innych w dół bo sama nie pójdzie w górę!”. To ciągłe porównywanie się do innych jest zakorzenione w nas tak silnie, że przeglądanie mediów społecznościowych może doprowadzić do depresji. Bo inni tyle przeżywają, mają tak fajnie (a przynajmniej tylko tak to wygląda i wcale a wcale nie musi to być rzeczywistość) a ja? A ja nic…
No, no nie XD mówię tak bo, według mnie, tak właśnie wygląda świat jak się zacznie nad tym człowiek zastanawiać. Gdy zacznie przyglądać się światu, ludziom zaczyna dostrzegać pewne wzory. Dochodzi do pewnych wniosków. Może się zgadzać, bądź, nie zgadzać z pewnymi zagadnieniami. I możecie powiedzieć, że bredzę. I może faktycznie za godzinę, dzień, tydzień, miesiąc, rok czy lat pięć, dojdę do wniosku: tyyyy. Faktycznie ta osoba z internetu co mi kiedyś napisała „Kaśka, bredzisz!” Miała rację!
Albo i nie. Tylko widzicie, ja nie biorę tego typu słów do siebie. Nie traktuje takich tekstów jak słów nauczyciela, czyli nomen omen, niczym prawdy objawionej. To tylko opinia. Co mnie obchodzi opinia jakiegoś typa, kogoś kto nie jest dla mnie ważny? Co mnie interesuje co o mnie myśli koleżanka z pracy, nauczyciel, pan w banku, czy nawet znajomy, który za dwa dni może zniknąć z mojego życia? Bo tak, ludzie znikają z twojego życia i jest to normalne - czasem nawet i mnie wyjątkowo zaboli taka wyprowadzka z mojego życia. Jednak, gdy ktoś ci powie „ale ty jesteś zjebany/a” to niech was to nie gryzie. Bo cobyście nie robili nie da się sprawić, że każdy człowiek na ziemi będzie was lubił. To niemożliwe. I jeśli ktoś mówi „jesteś zjebany/a” to nie jest wasz problem, tylko jego. Możecie wskazać conajwyżej takiej osobie w którym kierunku znajdzie drzwi. Bo wszyscy wszystkich oceniają. Jak okrutne oraz złe by to nie było, też oceniam innych. Sama jestem oceniana. I póki mi, przykładowo, kilkadziesiąt osób nie powie „ty weź się ogarnij bo gadasz głupoty” to wierzcie mi, nawet nie będę się zastanawiała, czy to co mi napisał/powiedział jakiś random na mój temat jest warte roztrząsania. Ktoś może zapytać „ale co to ma wspólnego z tematem ogólno szkolnym? Nie odleciałaś za bardzo?”. I tu was zaskoczę - otóż nie! Nie odleciałam w przestworza dygresji, aby lać wodę. Bo takie przejmowanie się opinią innych, zaczyna się już w szkole. Boimy się odezwać podczas lekcji bo co jeśli powiemy źle i zrobimy z siebie durnia? Ktoś mógłby powiedzieć: nie przesadzaj. Tylko ja ostatnio byłam na kursie wśród kilkudziesięciu dorosłych chłopa. I bali się odezwać jak instruktor zadawał pytanie! Czuć było zapach strachu i choć pan prowadzący zajęcia próbował rozładować atmosferę szło mu to mizernie. Kurs za który samemu płacisz i idziesz z własnej woli (albo tak jak ja - szefostwo mnie tam wysłało), kurs który ma poszerzyć twoją wiedzę tudzież kompetencje. A ty zamiast dyskutować z prowadzącym i chłonąć wiedzę boisz się odezwać bo może tych kilkunastu chłopa za tobą będzie się śmiać z twojej ewentualne pomyłki. Coś wykurwiście wspaniałego, czyż nie?
A jak pięknie ze mnie wyszło to zaprogramowane ocenianie innych przez system edukacji. Jak ja się dobrze czułam, gdy jako pierwsza oddałam egzamin i jeszcze usłyszałam od komisji, że zdałam nie robiąc przy tym żadnego błędu. Ohohoho! Byłam pierwsza! I najlepsza! A te debile z którymi na kursie byłam dzień wcześniej dłużej rozwiązywali zadania i robili błędy! Mega zmroziło mnie, gdy zaczęłam analizować swoje myśli. Bo w czym ja niby byłam lepsza? Bo nie mam problemu z rozwiązywaniem zadań na czas? Mnie nie przeszkadza, iż mam określony ramy czasowe. Mój tata zaś nie potrafi skupić się na zadaniu, jeśli ktoś karzę mu zrobić coś w godzinę czy pół. Bo istotniejsze dla jego głowy są uciekające minutki. W czym byłam lepsza od tych gości z kursu? Bo oddałam jako pierwsza egzamin? Czy ważne jest to czy zadanie wykonasz szybko, czy wolniej, jeśli rezultat jest taki sam? Czy szybciej znaczy lepiej? Przy ratowaniu czyjegoś życia: tak. Przy wykonywaniu pracy: nie. Bo jak już wspomniałam nie jesteśmy tacy sami. Różnie reagujemy, różne metody nauki na nas działają i presja czasu tudzież wykonanie czegoś szybciej lub wolniej to indywidualna sprawa każdego człowieka.
System edukacji krzywdzi całe społeczeństwo. I to nie są żarty. Widuję to w zachowaniach ludzi, których spotykam, których obserwuję i jako ćwiczonko intelektualne analizuje. Najlepsze, że zapewne za kilka lat jedyne co pozostanie po czasach szkolnych to traumy oraz poczucie, iż to wszystko było bez sensu. Bo godziny, które poświęciłam na matematykę, aby zdać maturę sprawiły tylko, że byłam zmęczona, zestresowana i znerwicowana. A mogłam obejrzeć jakiś film, posłuchać podcastu czy po prostu odpocząć - co wyszło by mi na zdrowie.
Lubię oglądać bądź słuchać osoby, które popularyzują naukę. I wiele, wiele tematów twórczości owych ludzi zapewne były w szkole. Przedstawione w sposób nijaki, nużący, nieatrakcyjny. Tematy do których mnie poniekąd zmuszano przez to nie polubiłam się z danym zagadnieniem. Jako osoba dorosła czytam średnio dwie książki miesięcznie, liczyłam sobie to dziś, żeby nie było. Maturę z polskiego napisałam na 78 %, ustną zaliczyłam na 86% (co za absurd, ale do % jeszcze wrócę). Wiecie ile lektur szkolnych przeczytałam? Ani jednej xDD i nie pisze tego by się pochwalić, tylko po to by pokazać, iż oceny (na koniec szkoły średniej miałam 3 z polskiego) nie stanowią o wiedzy, zaś ilość przeczytanego materiału nie sprawia, iż cokolwiek w was z tego zostało. Bo ja jechałam całą szkole na opracowaniach lektur i potrafiłam sprawniej opowiadać o danej książce, niż ktoś kto ją przeczytał. Bo z dajmy 300 stron lektury zapamiętasz może łącznie z 30%. I nie zapamiętasz jakiego koloru była kamienica Łęckiej z Lalki. Ten kolor będziesz mieć zaś w opracowaniu. W moich opracowaniach dosłownie miałam całe tematy lekcji i wystarczyło sobie przeczytać, przepisać do zeszyciku i było super. Oczywiście z racji 3 na koniec roku może już doszliście do konkluzji, że nawet owo przepisanie do zeszytu, było dla mnie tak bez sensu, iż tego nie robiłam XD
A propo tych procencików na maturze. Co one oznaczają? Że opanowałam materiał na tyle, że zdałam to wiadomo bo przekroczyłam magiczne 30%. Ale co oznacza 87% a co 73%? Co oznacza ocena 4 a co trójka? Że coś tam dzwoni, ale nie wiesz w którym kościele? Strasznie to wbrew pozorom nieczytelne i nie daje żadnej odpowiedzi. A uczniowie potrafią wymiotować, nie spać, obgryzać paznokcie bo dziś jest sprawdzian i ocena taka a taka nie będzie satysfakcjonująca. Dla nich bądź rodziców, którzy przeżyli ową indoktrynację nie wyciągając jakichkolwiek wniosków na temat edukacji poza „moje dziecko jest lepsze/gorsze od innych” bądź „Ty to jesteś zdolny/a tylko leniwy/a”. Nawet nie zdając sobie sprawy jak takie słowa potrafią obrzydzić chęć zdobywania wiedzy na całe lata.
A nikt nie będzie w przyszłości pytał co mieliście z biologi w tej albo tamtej klasie. Czy był czerwony pasek a jak już to kiedy…. Będą pytać was o umiejętności nie wnikając gdzie się ich nauczyliście. Nikogo nie obchodzi czy angielskiego nauczyliście się z gier, filmów, serialów, wyjazdu za granicę czy może jakimś cudem uczenie się słówek w szkole dało jakieś wyniki. Jedyne co to możecie się uczyć dla siebie, ale nie w banalnym słów tego znaczeniu. Uczyć się tego co was interesuje bo prędzej nauczycie się grać na gitarze bo was to jara, niż gdy zmuszać was do tego będzie nauczycielka muzyki/sztuki czy jak tam ten przedmiot się teraz nazywa.
Nie powinniście się przejmować ocenami innych bo ci ludzie są nieistotni. Prędzej czy później znikną z waszego życia zapominając i was. A wy dalej nie będziecie mogli spać po nocach przypominając sobie ich słowa.
Szukajcie własnych sposobów na optymalne przyswajanie i poszukiwanie wiedzy. Nie musicie robić tego jak w szkole: w określonym czasie, określonej pozycji, bez muzyki, dźwięków, obrazów, jedzenia, picia i pełnym pęcherzem. Może dla was lepsze jest chodzenie podczas nauki? Może usypiać was będzie jakiś ambient do nauki zaś play lista energicznych piosenek sprawi, że lepiej będzie wam obcować z uczeniem się. Jak nie idzie was czytanie lektur czytajcie opracowania, jak to też nie dla was włączcie sobie na youtubie bądź Spotify podcast na temat owej pozycji.
Myślcie kreatywnie choć ja niemal zawsze w szkole była za to ganiona. Tylko zgadnijcie do kogo znajomi dzwonią i zapytaniem, jak ugryźć dany temat bo „ty zawsze coś wymyślisz na co nikt normalnie by nie wpadł”. Nie uczycie się na pamięć suchych danych a zrozumcie kontekst - to jest ważniejsze.
I przede wszystkim nie dajcie sobie wmówić, że jesteście gorsi od innych. Słynne „ryby i dzieci głody nie mają” wygłaszane przez osoby wyżej w hierarchii niczym prawdy objawione. Nikt w dorosłym życiu nie każe wam nic robić z pamięci. W pracy jak nawali jaka�� maszyna serwisant sprawdzi w książce schematy a nie zacznie próbować przywołać z pamięci dany układ. Lekarz nie przepisze ci leku z pamięci tylko sprawdzi czy, aby na pewno o ten mu chodziło bo nazwę ma podobną do innego. Pan hydraulik czy elektryk spojrzy w plany techniczne, niż w budynku zacznie ryć ściany w myśl zasady „pamiętam, że dwa budynki temu tak było”. Kierowca (nie mylić z posiadaczem prawa jazdy) będzie patrzył na znaki a nie jechał na pamięć.
Jak już się uczyć to po to by zrozumieć a nie by wyrecytować :)
36 notes
·
View notes
Text
Jedyne wegeżarcie, jakie toleruje to pszenica, kartofle, śliwki i chmiel. Po destylacji.
Piotr C. z powieści OSTATNIE TANGO
#milosc#mężczyzna#kobieta#polskakobieta#cytaty#polskichłopak#polskadziewczyna#cytatyżyciowe#cytatnadziś#inspiracja#miłość#cytatyomiłości#pokolenieikea#piotrc#cytaty z książek
22 notes
·
View notes
Text
mmmmm low quality kartofle my favorite
22 notes
·
View notes
Text
Jeg har tegnet mit drømmehus og undersøgt priser på mateialer. Nye og brugte. Shit hvor er velux vinduer fucking dyre. Der er 15 vinduer i mit hus. 4 forskellige slags. Og to vinduespaneler i taget. 6 døre inkl. 3 indendørs-døre, en hoveddør, en skydedør ud til haven og en altandør til lille altan ovenpå.
Mange af vinduerne kan man finde brugt. Og dørene også. Vil male dem så de er hvide indvendigt og lyseblå udvendigt. Ved ikke om det giver mening at bruge penge på. Men tanken gør mig glad.
Der er 5 rum i mit hus. Et badeværelse, et alrum i åben forbindelse med en gang der drejer i en runding og bliver bryggers, fra bryggerset er der adgang til værksted/atellier. Entreen er også i denne gang. Et badeværelse. Et værelse med trappe til overetagen som er soveværelse. Bum.
Jeg kan lide flowet. At man i løbet af en dag, ikke rigtigt kan undgå et rum. Og at der er masser af lys, samtidigt med at man ikke føler sig lukket inde i en glasboks. Alle vinduer er strategisk placeret.
Jeg synes det er svært at forlade et rum for at gå ind i et andet. “Dead ends”. Den følelse kan jeg ikke lide. Jeg kan lide følelsen af: herfra hvor jeg står, kan jeg tage mange valg. Gå i mange retninger. Bruge min tid på mange måder og nemt forandre mine omgivelser ved at læne mig ind i plantegningens flow. ADHD venligt. Huset som en guide. Og overetagen som en hellig åben zone. Sydvendt altan og terasse. Udsigt til himlen fra sengen.
Gad sygt godt bygge det. Der er ca 95 kvm bolig. Hvilket jeg faktisk synes er vildt meget. Men det kunne godt skaleres ned. Nu har jeg bare tænkt stort.
Det er ikke et familievenligt hus, men hvis det blev nødvendigt kunne overetagen deles i to med en skillevæg. Det gider jeg da bare overhovedet ikke at tage hensyn til lige nu tbh. At bo med en dum unødvendig væg der afbryder min luft uden grund. Nej tak.
Og så skal hund have en hundekurv ovenpå og en hundekurv nedenunder og en hundekurv i værkstedet.
Haven skulle være fuld af frugttræer. Et beskedent kirsebærtræ (hvis det findes! Synes altid kirsebærtræer er overvældende, men elsker kirsebær). Et æbletræ. Jeg er en basic bitch - vil bare have elstar æbler. Behøver intet fancy, men skal lige undersøge, for mine oldefædre havde planteskoler og frugttræer og lur mig om ikke der står noget i de bøger jeg har arvet. Og så vil jeg have et nøddetræ. Valnøddetræ fx.
Vil også have en hindbærbusk. En lille plot jord på grunden til at så kartofler og rødbeder og jordskokker. Gulerødder i højbede:) og kål hvis jeg kan undgå kålmider.
Vil have en stor busk med lyselilla syrener. EJ! Måske jeg skal tage stiklinger fra min mormors have, så det er PRÆCIS de planter jeg vil have, som jeg ender med???? Kan jo gro dem i mine forældres drivhus indtil de er klar til at få et hjem i en udendørspotte og senere blive plantet ud!!!
JA JA JA<3
Og så vil jeg lave marmelade og vin og chips og suppe og dele det med alle jeg synes om:)
Skal også have vildt meget persille.
Det bliver en oase.
11 notes
·
View notes
Note
Flœskesteg m. brune kartofler?

12 notes
·
View notes
Text
TO NIE JEST OGÓLNOPOLSKIE?? u mnie babcia zawsze strugała kartofle
ewentualnie można zrobić jeszcze mini turnieje kartoflane i temperówkostrugaczkowe bo na te rzeczy jest tyle słów że ja pierdole
59 notes
·
View notes
Note
Do you eat anything interesting on Christmas?
My family has a very classic Danish Christmas dinner each year containing a duck, "flæskesteg", boiled potatoes, "brune kartofler", "brun sovs", "rødkål" and "risalamande"
8 notes
·
View notes
Text
Od niedzieli do wtorku
Żeby Was... Nie miałem czasu, więc będzie opowieść długofalowa. Posłuchajcie:
Niedziela:
Dzień był spoko. Nawet problemy z elektroniką mnie nie zdołowały. Nawet to, że pani Matce powaliły się godziny i zrobiła obiad na 12 a nie 13 nie wytrąciło mnie z równowagi. - O 16 zadzwonił król D. Poszliśmy na piwo. Pan C. miał już zamknięte, a do żabola nie pójdę, więc poszliśmy do Prywaciarza. Lodówki wyłączone. Browary gorące jakby na słońcu stały. V1 mówi, że awaria. Taaaa, awaria. Ale to w poniedziałku. - Poszliśmy na altankę. Spotkaliśmy Idola z jakimś typem. Właśnie się zwijali. - Zaraz po nich przyszła miejscowa "elita". Minęli nas i poszli na ławkę. Za chwilę przyszedł pies, a moment później wszyscy jednym głosem westchnęliśmy - "Kurwa, przećpany!" - Nie będę się rozpisywał. Porażka. Cały upierdolony od stóp do głów. Już napierdolony do cna. Zaczął rapować, chociaż wszyscy kazaliśmy mu zamknąć ryj. Potem popłakał się, że nie chce być sam i czemu wszyscy się na niego uwzięli i nie chcą z nim siedzieć. Potem chciał pożyczyć hajs, na co król D. powiedział, że woli wypierdolić niż dać jemu. Przećpany mówił, że odda mu trzy tysiące więcej, ale na razie nie ma pracy. I dobra, na tym koniec, bo nie będę sobie psuł dnia.
//
Poniedziałek:
Klasyka gatunku. Klątwa poniedziałku mocno już od samego początku. - Sklep po niedzieli nie wyglądał. Magazyn wyglądał jak po proteście czarnych BLM. Kiero się załamała. Faktury pogniecione walają się wszędzie. Towar do wprowadzenia źle odłożony. Odłożone jakieś zwroty? Przeceny? Opisu brak. Fajki nie dołożone, półki puste, wszędzie śmieci, ciastkarka jak po marszu gnomów. - Dostaliśmy 6szt chleba zwykłego. Kiero duże oczy, ja duże oczy... Na piekarni kierownik powiedział, że tak wyszło, nic nie zrobi. Jasne. Ale jak kurwa za dużo zamówimy, albo za mało to hur dur trzeba nas spalić, bo jak tam można, że ludzie bez chleba w piekarni. - Wyjąłem fajki żeby dołożyć, ułożyć i zrobić zamówienie. W tym momencie zjechała Pepsi. Nie mogłem jej ułożyć, bo na sam pierw trzeba posprzątać magazyn. Fajki stoją. - Zaraz za Papsi wjechały Mathjasy. Już stoją dwie dostawy i jeszcze fajki. Ogólnie rozpierdol i tłumaczenia z braku chlebka. - Przyjechał SWS. "Ale ktoś dużo fajek zamówił!" Kiero modli się żebym nie chlapnął, że jeszcze przed zamówieniem jesteśmy. - Mówię SWS, że w MST lodówki nie chodzą. Niemal zjebał mnie, że nie wiem ile prąd kosztuje, że sklep nie zarabia nawet na wypłaty, że dobrze, że dziadek obniżył czynsz za lokal. Dobrze, że mam zapieczętowany ryj, bo miałem mu powiedzieć, że czemu jednak wtedy nie zamknie sklepu. Ale mnie wkurwił. Z jednej strony leci na straty, z drugiej to trzyma. Ale jak się trzyma krowę na mleko to trzeba ją karmić. Chyba zrozumiał i stwierdził, że na taki skwar w weekend trzeba było włączyć. - Potem zagadał o naszą drużynę. Kiero wszystko zniszczyła, bo powiedziała, że nie gram tylko chodzę tam chlać. Już miałem dokonać egzekucji, ale ta pieczęć na ryju. - Zaczęliśmy nadrabiać zaległości fakturowe na dwa kompy. Wszystko się jebało, zacinało, knociło, nie zgadzało, brakowało. Masakra. - Aaaaa! Jeszcze o 5 dzwonił koleś od ziemniaków, że fura mu poszła i czy mógłbym zadzwonić na inne sklepy czy starczy pyrów, bo dopiero o 14 będzie miał furę. No a sam miałem zamówione kartofle na prywatę. - Pani Matka spalił resztę kartofli w domu. -A na koniec dnia filtr w kostce zdechł na amen.
//
Wtorek:
Dziś mam wolne, a dzień powitał mnie cudownym uśmiechem słońca i wypłatą na konto. Jak tylko wyjechałem na miasto lunął deszcz XD Nie będę więcej o tym gadał. - Obgadałem wzór szalika z królem K. Zamówiłem też koszulki klubowe. - Filtr wyjechał dopiero po 11. Mam nadzieję, że dziś będzie. - Z jednej strony strasznie oszczędzam hajs ostatnio, z drugiej coś bym sobie kupił :P Może na raty, bo do tej pory jakby to powiedzieć... Mam niską zdolność kredytową, bo nic na raty nie brałem. A potem tak sobie myślę czy mi to potrzebne? Znowu pewnie wyjdzie, że wydam na wszystkich tylko nie na siebie. - Zamawiam pizzę :P
7 notes
·
View notes
Text
Hvis der er brune kartofler spiser man fandme ikke de hvide
4 notes
·
View notes
Note
What’s your favorite thing to do on Christmas?
Sorry about you getting sick! I don’t know how kids do it XD magnets for trouble lol
Well, the food is one of my favorite parts, ngl. I'm Danish, and it's Christmas time is usually the only time you get to eat brunede kartofler (browned potatos) (picture on the left), which is amazing.
Another thing my family usually eat around Christmas is æbleskiver (apple slices) (picture on the right), which is a kind of pancake ball, that used to have an apple slice in them in the good old days. Many usually by them frozen in the grocery store, as they can be a bit hard to make, but my grandmother on my father's side always used to make them herself. She sadly passed away two years go at the age of 92, but she was able to teach me and my cousin how to make them, so I'm not the æbleskive master of the house😎


I've never been super hyped about Christmas. In my family it has always been very chill, with a focus on food and hygge. We stopped buying gifts a long time ago (for children under 18, their parents and grandparents in our family usually by them gifts, but once you hit 18 it happens rarely. However, I was lucky this year, as my mom and brother decided to give me house holding goods, since I moved out this summer), so it takes away a lot of the stress.
Other than the food, one of my favorite things to do around Christmas, is to watch Matador. It's a tradition me, my mom and my brother have started to do. Some days leading up or some days after Christmas, we will sit down all three, and watch a few episodes of Matador. It's an old Danish period drama, filmed in 1978 - 1981 that takes place in the years 1929 to 1947 (yes, my grandmother lived back then. She remembered how it was to be a young girl during the war), and follows a bunch of families in the fictive city of Korsbæk. It's honestly amazing. I can go on for hours about this show, as it is honestly one of my favorites. Plz someone, ask me about it one day.






We have something like it with my father, but instead of watching Matador, we watch Olsen Banden (the Olsen Gang), which is some funny Danish movies, about three theives names Egon Olsen (the mastermind), Benny Frandsen (the hypeman and charmer) and Kjeld Jensen (the featfull family man), that always tries to rub their way to become rich. However, their plan always fail in some comidical way, and Egon always end up in prison. (Many actors from Matador are also in Olsen Banden, and they are all amazing. The actor that plays Egon Olsen also plays Doctor Hansen in Matador, and was the Danish voice actor for Asterix in the Danish dub of Asterix & Obelix, while the actor that plays Benny plays Maude's art teacher, and so on). (First pic from Olsen Banden is pretty much Danish history at this point).







Say a lot about how different Christmas is at my mom and dad😂
5 notes
·
View notes